Hej hej!
Mam na imię Ania i robię w glinie.

Ceramika była w moim życiu praktycznie od zawsze, a tak konkretniej to od 7 roku życia. Wtedy to pierwszy raz świadomie dotknęłam gliny w Pracowni Sztuki Dziecka przy Galerii Działań na warszawskim Ursynowie. Tak to przynajmniej pamiętam, że to był pierwszy raz z gliną, bo w ziemi babrałam się przecież znacznie wcześniej, a lepiłam też – z tym że z plasteliny.

Na te pierwsze historyczne zajęcia ceramiczne przyprowadziła mnie Mama, a moją premierową pracą była płaskorzeźba z sielskim widoczkiem i chatynką na horyzoncie. Wisi u moich rodziców po dziś dzień.

I tak to od tych pierwszych zajęć przez 11 lat, początkowo małymi kroczkami, pod okiem mistrzyni Ireny Moraczewskiej, nazywanej po prostu Panią Irenką, nieśmiało uczyłam się różnych technik plastycznych, ale najbardziej upodobałam sobie rzeźbę. I jak raz spróbowałam to nie mogłam przestać. Po prostu nic mnie w tej rzeźbie nie ograniczało tylko wielkość pieca i wzrok Pani Irenki, który mówił więcej niż słowa, czyli coś w klimacie „Minimalizuj, Aniu, minimalizuj”. Więc „minimalizowałam” (do tej granicy, której nie wolno mi było przekraczać) i zaczynałam kolejną pracę, większą od poprzedniej.

I tak to leciało tydzień po tygodniu, rok po roku. Kochałam te zajęcia. A potem na widnokręgu zamajaczyła matura i zamiast szykować teczkę na ASP wybrałam Studium Stosunków Międzykulturowych na Wydziale Orientalistycznym UW. Bałam się, że polegnę przy tej teczce na rysunku i tyle, przyznaję bez bicia, ale moja fascynacja Azją i Afryką (widoczna zresztą w moich rzeźbach z tamtego okresu 😉 była bardzo prawdziwa, nauka wietnamskiego kusząca i generalnie ciągnęło mnie do tych studiów. Niczego zresztą nie żałuję. To był super kierunek, wspaniali ludzie i na licencjacie i magisterce, a stypendium na hanoiskim uniwersytecie to już w ogóle była szansa życia.

omnie3

Brakowało mi tylko gliny. Cały czas na artystycznym głodzie, nie przestawałam jednak tworzyć, skupiając się na rysunku, przestrzennych formach szydełkiem i dzierganiu na drutach. Już na (i po) studiach, pracując na typowym asystenckim etacie po godzinach pisałam rękodzielniczego bloga, organizowałam spotkania i wydarzenia robótkowe, m.in. w latach 2013-2020 edycję warszawską Światowego Dnia Dziergania w Miejscach Publicznych, oraz prowadziłam sąsiedzkie warsztaty dziewiarskie i szyciowe. Cały czas jednak myślałam o glinie i kiedy po latach udało mi się dostać na zajecia do Pracowni Ceramicznej ANGOBA Ośrodka Kultury Ochoty pod skrzydła Emilii Grzymały i Joanny Nodzykowskiej-Szarkowskiej, to było jak powrót do domu. Zachłanne palce szybko przypomniały sobie co robić i po kilku małych projektach ulepiłam z tzw. gliny wannowej, legendarną w pewnych kręgach, nogę do stolika kawowego. Za rękami poszła głowa –czytałam o ceramice wszystko co się da, w każdym dostępnym języku, chodziłam na warsztaty i kursy (m.in. u niezrównanej Justyny Skowyrskiej-Górskiej), brałam udział w projektach takich jak niezapomniane „Stare-Nowe” (z koleżankami z „Angoby”), którego finał miał miejsce w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku, prowadziłam niekończące się rozmowy z ceramiczkami i ceramikami, gadałam o glinie ze wszystkimi, którzy jeszcze chcieli słuchać. Cały czas lepiłam, eksperymentowałam, a z domowego biurka uczyniłam swoją pierwszą ceramiczną pracownię.

omnie3

Innymi słowy – pogrążyłam się w tej ceramice cała, czerpiąc z niej jakąś niesamowitą siłę i ładując kreatywne baterie.

Jakoś w międzyczasie rzuciłam etat i po krótkim „co dalej?” rozpoczęłam pracę w jednej z warszawskich pracowni ceramicznych. Prowadziłam i współprowadziłam warsztaty, ogarniałam bieżącą organizacyjną i komunikacyjną obsługę studia, lepiłam na wewnętrzne potrzeby pracowni, a po godzinach i swoje prace. Zaczęłam też toczyć na kole. Szybko stało się jasne, że to nie jest przelotny romans i z tą gliną to związek na całe życie. W 2023 roku założyłam firmę, której z sentymentu do rękodzielniczych czasów dałam nazwę Niebezpieczne Narzędzia i zapadła decyzja o szukaniu własnej przestrzeni. Znalazła się znacznie szybciej niż przypuszczałam, a właściwie znalazł ją mój narzeczony, równie zapalony do tego pomysłu jak ja (momentami wydawać się zdało, że nawet bardziej). I tym sposobem całkiem spontanicznie (jak na mnie) stanęłam w konkursie ZGN Wola na najem lokalu użytkowego przy ulicy Żytniej 64 na warszawskim Młynowie, który wygrałam stając się szczęśliwą (bo jeszcze nie wiedziałam jakie rozrywki przyniesie mi potrzebny na miejscu remont) najemczynią.

No i jesteśmy teraz. Zmiany w lokalu zajęły prawie rok, a w tym czasie kupiłam własny piec i zaczęłam zadomawiać się na miejscu prowadząc pierwsze warsztaty oraz zajmując swoją własną twórczością rzeźbiarską i inną. Bo WOLNE OBROTY, a taką nazwę dostała nowo otwarta przestrzeń, to pracownia nie tylko ceramiczna. O czym, mam nadzieję, niedługo się przekonacie.

Do zobaczenia w Wolnych Obrotach,

Ania Rasińska